• 1
  • 2
  • 3
  • 1
 
Rozmowa z TOMASZEM ADAMKIEM przed galą bokserską Polsatu w Krakowie.
 
Tomasz Adamek zmierzy się z Erikiem Moliną 2 kwietnia w Arenie
Tomasz Adamek zmierzy się z Erikiem Moliną 2 kwietnia w Arenie

- Na ringu pod Wawelem zobaczymy najlepszą wersję blisko 40-letniego „Górala”?
- Możemy gdybać, ale walka wszystko zweryfikuje. Na dzisiaj jestem w dobrej dyspozycji, w dużo lepszej niż rozpoczynając treningi do pojedynku z Przemkiem Saletą. Jak powiedział dr Kuba Chycki (trener od przygotowania fizycznego, specjalista w zakresie diety i suplementacji - przyp. AG) teraz wystartowałem z poziomu wyższego o 40 procent. Tak wynika z przeprowadzonych badań. Do tego usłyszałem, że mam organizm 29-latka. Dlatego bardzo ciężko pracuję i mam nadzieję, że efekt będzie widoczny w ringu.
- Ewentualne zwycięstwo nad Moliną będzie dopiero początkiem misternego planu. Co później?
- Na pewno pojawią się dobre propozycje, ale póki co myślę tylko o 2 kwietnia. Rzeczywiście podążam w pewnym kierunku, ale nie pójdę dalej, jeśli nie pokonam najbliższej przeszkody. Amerykanin to dobry zawodnik, więc zapowiada się góralska bitka, czyli walka zacięta od pierwszego gongu.
- Doprecyzujmy stawkę walki z Moliną. Faktycznie ma Pan poczucie, że w przypadku zwycięstwa już w kolejnym pojedynku może pojawić się szansa pojedynku o pas mistrza świata w wadze ciężkiej?
- Oczywiście, przecież w puli zakontraktowanej na dwanaście rund walki jest pas IBF Inter-Continental. Wygrywając, znajdę się w ścisłej czołówce wagi ciężkiej, więc kolejna walka będzie na pewno o konkretny cel. Wrócimy do tego pytania po zwycięstwie nad Moliną, wtedy dokładniej popatrzę w przyszłość.
- Niedawno Marian Kmita, dyrektor ds. sportu w Polsacie, wyraził opinię licząc na Pana lojalność, że walkę o tytuł MŚ może uda się zorganizować w Polsce. Co Pan o tym myśli?
- Przecież Polsat stać na takie wydarzenie. Właściciel telewizji jest miliarderem, więc jest w stanie zrobić wielką galę. Nie ma rzeczy niemożliwych. Przy czym klucz do tej walki będzie leżał 2 kwietnia na ringu w Krakowie.
- To byłby wymarzony scenariusz?
- Na pewno czułbym się wspaniale, boksując o mistrzostwo świata w ojczyźnie. Piękna sprawa...
- A co, jeśli wygra Molina?
- Rywal nie okaże się lepszy, bo wygra Adamek.
- Nie dopuszcza Pan myśli o porażce, ale życie uczy, że taki scenariusz też trzeba wkalkulowywać. Po przegranej ogłosi Pan definitywny koniec kariery?
- Tak, na sto procent. Mam świetny obóz, dziewięć tygodni ciężkiej pracy, poprzedzony przygotowaniami w USA, więc już nic lepiej nie mógłbym zrobić. Poza tym nie czuję żadnych dolegliwości, dlatego mocno wierzę w zwycięstwo. Jeżeli w takim warunkach nie zrealizuję zadania, to nie mam czego więcej szukać w boksie.
- Przed walką z Saletą mówił Pan, że najbliższa rodzina odradzała Panu boksowanie. Teraz jest podobnie?
- Oczywiście, córki się martwią i mówią „tata jesteś już stary, musisz kończyć”. Z kolei żona była nawet trochę na mnie zła, że wyjeżdżam, ale w końcu skwitowała „twoje życie, rób co chcesz”. Martwią się o moje zdrowie, bo przecież nie wchodzę do ringu pobawić się, tylko walczyć na rękawice. Jednak to ja - ojciec i mąż - jestem głową rodziny i decyduję o wszystkim.
- Motywacją w dużej mierze są też pieniądze?
- Swoje, dzięki Bogu, już zarobiłem, teraz liczy się sport. Nie potrzebuję iść do pracy, nawet gdy zakończę karierę, ale nie potrafię siedzieć w domu z założonymi rękami. Tym bardziej, że jestem chłopakiem z Gilowic, który od zawsze był nauczony pracy. Poza tym czuję niedosyt po przegranej z Witalijem Kliczką, więc dałem się namówić i powróciłem. Powtarzam, że w sporcie osiągnąłem prawie wszystko, dwa tytuły mistrza świata, ale brakuje mi jeszcze trzeciego trofeum. - Jak wygląda ciężka praca w Łomnicy?
- Trenuję trzy razy dziennie, od poniedziałku do soboty. Nawet zażartowałem do Kuby Chyckiego, że chyba chce mnie wykończyć, na co odparł „konia nie da się zajechać”.
- Liczy Pan na gorący doping kibiców w Krakowie?
- Na całym świecie Polacy są świetni, kibicują najlepiej. Mam nadzieję, że hala wypełni się do ostatniego miejsca, a inni moi fani zasiądą przed telewizorami.
- Poprzedniego pojedynku w stolicy Małopolski nie może Pan wspominać najlepiej, wszak poniósł Pan porażkę z rąk Artura Szpilki.
- Zawsze wchodzę do ringu z myślą, aby pokazać boks w lepszym wydaniu niż ostatnio. Kibice będą chcieli zobaczyć wojownika i na dzisiaj właśnie taki jestem.
- Jak postrzega Pan kondycję polskiego boksu?
- Ciągle czegoś brakuje. Myślę, że najbardziej trenerów, aby młodzież mogła uczyć się od fachowców. Wśród rodaków, z takim duchem bojowym, na pewno drzemią predyspozycje, ale czasami nie mają gdzie zakotwiczyć i marnują talent. Ja, gdybym nie wyjechał do Stanów Zjednoczonych, pewnie bym już nie walczył.

Special Guests

Fight History

Events