- W narożniku, w czasie walk wrzucał jedno, dwa zdania. Nie jakieś głupoty typu "bij go mocniej" czy coś, tylko uwagi, które mogły mi się przydać. Śmiał się, to chyba było po walce z Ulrichem w Dusseldorfie, że nie będzie wychodził ze mną na ring, bo widzimy i myślimy to samo, więc on sobie gdzieś na trybunach drinka strzeli, a ja i tak wygram - wspomina tragicznie zmarłego Andrzeja Gmitruka Tomasz Adamek.

Przemek Garczarczyk: Nie takich telefonów chcemy…

 Tomasz Adamek: Nigdy. Obudziłem się i zobaczyłem tyle nieodebranych telefonicznych wiadomości. Wiedziałem, że stało się coś złego. Kiedy się dowiedziałem co się stało, pomyślałem od razu o rodzinie Andrzeja, będę się za nich, za Andrzeja modlił. Ciężko mówić. Nie ma trenera, który bardziej wpłynął na zmianę mojego bokserskiego życia. Byliśmy razem, z przerwami, od 1999 do 2007 roku. Kawał czasu.

 

W 1999 roku musiałeś wybierać pomiędzy igrzyskami, karierą amatorską, a zawodostwem. Przesądziły rozmowy z Andrzejem?

 Parę miesięcy naszych rozmów, spotkań. Zapadła decyzja, że jedziemy do Anglii. Dzięki niemu jakoś to przeżyłem, bo z Andrzejem się człowiek  nigdy nie nudził. Chodziliśmy po Londynie, on opowiadał swoje przypowiastki, śmiałem się cały czas, więc te przenosiny były znacznie łatwiejsze. Stał też za mną, kiedy wyprowadzałem się w ciemno, na stałe do Ameryki w 2005 roku.

 

Gdybyś w tej chwili, na gorąco, bez namysłu, miał powiedzieć jedną rzecz, która definiowała pracę z Andrzejem Gmitrukiem…

 Psycholog. Zawsze wiedział, kiedy przestać mówić o boksie, potrafił zrozumieć czego mi w tej chwili potrzeba. Poza treningami nigdy nie gadaliśmy o boksie, bo Andrzej wiedział, że trzeba podsycić ten głód trenowania. Nawet go czasami specjalnie zaczepiałem, ale on się tylko śmiał i zaraz była jego opowieść z życia, jakiś dowcip. Wiedziałeś, że musisz z nim mocno trenować, ale on wiedział jeszcze lepiej, kiedy powiedzieć stop.

 

Powiedziałeś mi kiedyś, chyba zaraz po przylocie do Stanów Zjednoczonych, że "Gmitruk to ma ze mną łatwą robotę, bo myślimy tak samo".

 Bo tak było. W narożniku, w czasie walk wrzucał jedno, dwa zdania. Nie jakieś głupoty typu bij go mocniej czy coś, tylko uwagi, które mogły  mi się przydać. Śmiał się, to chyba było po walce z Ulrichem w Dusseldorfie, że nie będzie wychodził ze mną na ring, bo widzimy i myślimy to samo, więc on sobie gdzieś drinka strzeli, a ja i tak wygram. To było wtedy, kiedy w narożniku, po chyba trzeciej rundzie powiedział, że Ulrich się otwiera atakując takim zamachowym prawy i żebym spokojnie poczekał, to go złapię na kontrę. Ja na to "Andrzej, przecież widzę!". I w szóstej tak było. Takich historyjek jest mnóstwo. Co mogę więcej powiedzieć? Wielki żal. Ciągle byliśmy w kontakcie, nawet wypiliśmy kawę, kiedy ostatni raz walczyłem w Polsce. Drugiej takiej osobowości w polskim boksie nie będzie.

 

Przemek Garczarczyk, Polsat Sport,  2018-11-20